Wyspy Lofoty, Norwegia: tam, ale dla łaski dorsza

Wyspy Lofoty, Norwegia: tam, ale dla łaski dorsza

Z początku wydaje się niewyraźny, smuga światła za szarym brzegiem chmur. Gdy wiatr wali się w oceanie, a wyścigi wyłaniają się z doliny, pojawiają się małe kałuże czystego nieba, odsłaniające krótko Drogę Mleczną i gładki łuk satelity wysoko nad ziemią. Smuga zaczyna jarzyć się i budować, uderzając w niebiosa serią udręczonych zwrotów akcji, zanim w ostatniej chwili spłynie na Ziemię.

Nie tak dawno temu mieszkańcy Lofotów wierzyli, że zorza polarna jest widzialną formą gniewnych bogów, chętnych do zdobywania niczego niepodejrzewających dusz do nieba, by wędrować po ciemnościach przez całą wieczność. Nawet dzisiaj, aby zapobiec przedwczesnemu zniknięciu, lokalny przesąd dyktuje, że nie należy gwizdać, gdy zorza przybywa do miasta.

Ale śmierć ma wiele nieoczekiwanych form w odległym łańcuchu wysp w północnej Norwegii, a jeśli ludzie nie są bezpieczni na suchym lądzie, z pewnością nie są lepsi na falujących morzach. Legenda opowiada o draugrie, bezgłowym rybaku usianym wodorostami, który wyrusza w burzliwe noce, by płynąć falami w popsutej łodzi. Pierwszym śmiertelnym marynarzem będzie wiedział o jego obecności jest dźwięk jego krzyków przenoszonych na wietrze. Wkrótce są wleczeni na dno oceanu, skazani na niepowodzenie na powrót na brzeg.

Życie rybaka jest dość trudne bez wtrętów mitycznego stworzenia morskiego. Przewodnik Ragnara Palssona, żwawego towarzysza w grubej skandynawskiej dzianinie i czarnej czapce, wiedzie wokół Nusfjord, najstarszej rybackiej wioski Lofotów, a obecnie żywego muzeum, z odrestaurowanym sklepem ogólnym, warsztatem kowalskim i warsztatowym.

Przechodząc przez oblodzone ścieżki, które mają innych walczących dziko o równowagę, otwiera drzwi "rorbu" - drewnianej chaty z trawą, na której niegdyś znajdowali się rybacy podczas zimowego sezonu połowowego. Wewnątrz turkusowa woda z Morza Norweskiego przebija się przez szczeliny w nierównych deskach podłogowych, a na ścianach wiszą sieci rybackie i ciężkie liny.

"W XIX wieku rybacy nosili wełniane ubrania", mówi, klepiąc dłonie, aby się rozgrzać. "Gdyby spadły za burtę, po prostu by się zatonęły. Nie było litości. "Spogląda przez okno na rosnącą falę. "Ale takie jest życie tutaj. Ocean decyduje, czy mieszkasz, czy nie.

Syrena, która sprawiła, że ​​ludzie ryzykują wszystko, była tym, co uczyniło Norwegię tym, czym jest dzisiaj: dorszem. Jako sztokfisz, suszony na powietrzu na stojakach do konsystencji kory i utrzymujący składniki pokarmowe przez pół dekady, był to pokarm, który pozwalał Wikingom podróżować dalej i dłużej niż jakikolwiek z ich współczesnych; więcej niż tysiąc lat, norwescy odkrywcy polarni nie odkryli żadnej poprawy, a suszony dorsz był pierwszym na liście ekspedycji ekspedycyjnych. Przez stulecia dorsz był największym eksporterem kraju.

"Sto lat temu, od 80 do 90 procent norweskiego dochodu pochodziło z podatku od sztokfisza" - mówi Hartvig Sverdrup w niebieskich kombinezonach i kaloszach, radośnie rozglądając się po śliskiej podłodze swojej fabryki ryb w Reine, małym nadmorskim miasteczku otoczonym podkowa gór. Jego przodkowie (wszyscy nazywani również Hartvig) założyli fabrykę pięć pokoleń temu, a jej działalność pozostaje bardzo podobna.

Wielkie skrzynie ryb są dostarczane prosto do budynku z łodzi na nabrzeżu, patroszony i sortowany, i pakowany na całym świecie - do sklepów z chipsami w Wielkiej Brytanii, restauracji we Włoszech i na rynkach Nigerii. Bierze trochę suszonej ryby z plastikowego wiadra i uderza ją toporem, by ją zmiękczyć; smak można najlepiej opisać jako nieszkodliwy i łagodniejszy niż zapach. "W Norwegii, naprawdę jemy tylko świeże ryby, ale Wikingowie zabrali ze sobą sztokfisz. Nie zawsze było tak, że gwałcili się i zabijali. Handlowali też. "

Zainteresowanie ryb wyspami zawsze wykraczało daleko poza to, co można uznać za absolutnie niezbędne w handlu: Lofoty są szalone dla dorsza. Każdej zimy szkoły wędrują 500 mil na południe od Morza Barentsa do stosunkowo ciepłych wód archipelagu, by masowo się odradzać. Po długiej podróży ich mięso jest chude i bardzo cenione. "Oczekujemy dorsza" - mówi Olga Wiesniewska, polska doktorantka, która kończy studia nad rybołówstwem w zabytkowej wiosce Å. "Moi przyjaciele są rybakami i przez całe lato czekają, czekają, czekają na rybę. Teraz ich nie widzę - są one dostępne 24 godziny na dobę. "

Jest wcześnie w tym sezonie i nawet teraz morze jest nakrapiane łódkami - kołyszącymi się nad falami, a po nich szlakiem mew w poszukiwaniu wspaniałego zaciągu zielonkawoszarej ryby. Handlowe trawlery przynoszą w dobrym tonie 13 ton, ale dla większości Norwegów wystarczy udać się na sznur i sześciopak piwa, a na kolację wyjąć jedną lub dwie. Już teraz Lofoten widział swój pierwszy "dorsz z kawą" - pierwszy 30-kilogramowy połów roku, jego pogromca, któremu przyznano kilogram kawy Lofotposten Gazeta.

Wędkarstwo to nie zawód, na ogół bogaty w nagrody dla tych, którzy każdego dnia zostawiają swój los falom, ponieważ A stoi w testamencie. Wielkie żółte dworki zbudowane dla byłych właścicieli ryb wysiadują wysoko i wysychają na przystani, z rozklekotanym czerwonym rorbuerem na patykowatych szczudłach nad chłodną wodą. "Rybacy byli biedni i mogli płacić wynajmującemu mieszkanie tylko za ryby" - mówi Olga. "Zawsze byli mokrzy, zawsze byli zimni. Ale przynajmniej rorbuer stanowili krok do przodu - wcześniej spali pod swoimi łodziami.

W jednym z rorbuerów "Å", odtworzonym na swój dziewiętnastowieczny oryginał, znajduje się drewniana skrzynia. Spośród wełnianej bielizny i rękawiczek Olga wyciąga testament, starannie wypełniony i gotowy do wysyłki, jeśli okoliczności tego wymagają. "Tak wielu z nich wyszło na morze i nigdy nie wróciło".

Nic dziwnego, że rybacy na Lofotach mają swój własny kościół - to środowisko, które czyni ludzi religijnymi. Floodlit Flakstad kirke rzuca delikatny blask w głęboki błękit arktycznej nocy. W przedsionku wisi oprawiona kartka papieru, nazwiska 147 mężczyzn skrzętnie zapisanych w schludnym pismem w latach 1800-1950: każdy z nich rybak, który wyszedł i nigdy nie wrócił.

"Niektóre zostały znalezione na lądzie, ale wiele z nich zaginęło" - mówi Trond Gran, wikariusz Flakstadu, jego oczy wędrują po liście. "Wciąż spotykam kobiety w wieku osiemdziesięciu lat, które straciły swoich mężów, swoich synów. Przez całą noc wyglądają przez okno na morzu, czekają. Tak samo jest w każdej wiosce rybackiej na Lofotach.

Prosty drewniany kościół przypomina statek, jego sufit przypomina odwrócony kadłub. Ogromne pnie sosny, sprowadzone z Rosji w XVIII wieku, tworzą ściany, mchy i trawę rosnącą między ich pęknięciami. Szybownictwo nad ławkami to model łodzi rybackiej, z żaglami dumnie falującymi.

"Tutaj kościół jest statkiem, który zabiera cię od początku życia do końca życia" - mówi Trond. "Natura rządzi tym miejscem, a Flakstad jest tak mały w porównaniu z górami dookoła, ale przychodzisz i jesteś ciepła i możesz odpocząć." Wciąga płaszcz, gotowy do powrotu do domu, obok grobów kilku rybaków pochowany na zewnątrz pod śniegiem, delikatny szum fal rozbijający się na plaży. "Istnieje siła dla ludzi, którzy tu mieszkają - kiedy nadciąga zamieć, gdy wszystko jest zrujnowane, po prostu zmieniają sprzęt i ruszają dalej".

Gdy parafianie Flakstad przyszli do kościoła najwcześniej, wyspy były dostępne tylko łodzią. Drogi biegną teraz wzdłuż archipelagu. Góry rysunków dziecka wyłaniają się z mgły wokół każdego zakrętu: spiczasty, symetryczny i pokryty śniegiem. Ciężarówki pędzą w górę, przesuwając połowę dnia na stały ląd i dalej, wzdłuż morza, które pieni się na skalistym brzegu, czarne i okrutne.

Co kilka mil pojawiają się jasne domy wioski rybackiej. Na ich obrzeżach w niebo wystają kolosalne suszarnie, makabryczne, drewniane katedry kapiące z odciętymi głowami dorszy. Wrony kołyszą się na wietrze, płynąc w dół, by dziobać ich oczy. Regały wypełnią się i wypełnią zimą, a tutaj głowy - i ciała, do których były kiedyś przywiązane - pozostaną, lecząc się w słonym morskim powietrzu do lata. Smród chwyta nos i nie puszcza.

W Henningsvær, wiosce z czerwonymi i żółtymi domami, Cecilie Haaland siedzi przy kole garncarskim, przeszukuje dzban drewniany dłutem i śmieje się. "Na Lofotach mówimy, że nie wąchamy ryb, czujemy pieniądze." Osłowianin, Cecylia planowała pozostać w północnej Norwegii przez rok, a następnie wrócić na południe. To było 20 lat temu. Teraz prowadzi pracownie artystów Engelskmannsbrygga w starej fabryce oleju z dorsza, tuż przy nabrzeżu.

Z jej pracowni, półek, miszmy garnki i słoiki i zapach mokrej gliny zawieszonej w powietrzu, może spojrzeć w górę ze swojego najnowszego projektu i obserwować, jak łodzie rybackie przychodzą i odchodzą. "W sezonie zimowym jest szalenie. Jest tak wiele łodzi. I tyle ryb! Nie widać dna morskiego, jest tam tak wiele ryb. "Podpisz, że Cecilie to prawdziwy Lofotener, leży w schludnej aranżacji jednej małej kolekcji w galerii sklepowej: prostych czarno-białych wizerunkach rybich ogonków, z których każdy należy do Ryba, którą złapała osobiście, przeniesiona na delikatne porcelanowe filiżanki.

Kilka minut od Engelmannsbrygga Johan Petrini pokazuje, że jej sztuka nie jest jedyną sztuką inspirowaną morzem w tych stronach. Podobnie jak Cecilie, Johan - Szwed - nie planował zostać na Lofotach, ale zakochał się w wyspach i nigdy nie wrócił do domu. Teraz szef kuchni w restauracji Fiskekrogen w Henningsvær, Johan ma na nosie serce: na jego ramieniu atramentem jest dorsz, latarnia morska, kotwica, nóż i widelec.

Jego menu opiera się całkowicie na tym, co rybacy każdego dnia dostarczają na nabrzeże. "Wszyscy są tak podekscytowani, że co roku zimą zjadają pierwszy dorsz arktyczny" - mówi - "zrobią 30-milową podróż w obie strony na miskę zupy rybnej." Kończy przystawkę dorsza, dorsza jęzory, sashimi z łososia i halibuta, ryby ułożone na talerzu jak na dnie morskim. "W zimie na Lofotach panuje cisza. W tych mrocznych czasach mamy czas na stworzenie, eksperymentowanie. "Spogląda w górę, gdy łódź przepływa obok i do przystani:" Cóż, przynajmniej dla mnie jest ciszej, ale nie na morzu. Teraz horyzont jest pełen kropek - rybacy w pracy.

Z pewnością jest cicho na lodowatych ulicach Henningsvær dziś wieczorem.Śnieg wiruje na niebie i nadciąga burza. Wkrótce wszyscy będą w drodze, wracając do swoich domów i wracając do rorbuera, który stał się pensjonatem. W ciemności wiatr krzyczy, grzechotając oknami i waląc drzwiami w zawiasy. Ale przynajmniej wszystkie dusze są bezpieczne wewnątrz, ciepłe i suche, i daleko od lodowatego uścisku draugrów czekających pod falami.

Artykuł ukazał się w magazynie Lonely Planet Traveler w styczniu 2016 r. Amanda Canning udała się na Lofoty z pomocą Visit Norway (visitnorway.com). Dostawcy Lonely Planet nie akceptują gratisy w zamian za pozytywne pokrycie.

Podziel Się:

Podobne Strony

add